Przez dalsze aktywne korzystanie ze Strony tvnfakty.pl i Forum bez zmian ustawień w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Autora Strony i Zaufanych Partnerów, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji, tworzenia statystyk odwiedzin Strony i zapisywania postów na forum oraz komentarzy pod artykułami. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne a wyrażoną zgodę możesz w każdej chwili cofnąć. Poprzez dalsze korzystanie ze Strony i Forum, bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki, wyrażasz zgodę na zapisywanie plików cookies i podobnych technologii w Twoim urządzeniu końcowym oraz na korzystanie z informacji w nich zapisanych. Ustawienia w zakresie cookie możesz zawsze zmienić. Informacje na temat Administratora Danych Osobowych, swoich praw oraz danych jakie zbiera Strona i Forum znajdziesz w "Polityce Prywatności".
Polityka Prywatności i Regulamin    Jak wyłączyć cookies?

AKCEPTUJĘ

ODZIAŁY LOKALNE
Kraków
Łódź
Warszawa
Poznań
Toruń
Wrocław
Szczecin
Katowice
Gdańsk
Białystok
PARTNERZY
Park Hotel**** KUR & SPA W. Buczyński
Komfortowy Hotel zaprasza do Świeradowa Zdroju
Hotel Buczyński Medical & SPA
Nowo otwarty 4-gwiazdkowy hotel w górach
Piękno Twojego Wnętrza
Producent mebli tapicerowanych.
Zobacz nową kolekcję Perla Lusso!
Kompleksowa obsługa instalatorów
Praktyczne warsztaty dla instalatorów!
Sklep Montersi.pl
SONDA
Czy będziesz oglądać nowe show z Edytą Górniak w roli głównej?

Hubert Urbański

TVN
Milionerzy

Fot. Cezary Piwowarski / TVN

Hubert Urbański: mistrz telewizyjnych formatów


Jedni nie bez przekąsu mówią o nim: "sztywniak w garniturze". Inni podziwiają za dobre maniery i znakomity gust. Jedno zaś nie ulega wątpliwościom - to od prawie dekady jeden z najpopularniejszych prezenterów telewizyjnych nad Wisłą. "Słowa "porażka" nie ma w moim życiu" - przyznaje. Jakim go nie znamy?

Hubert Kirył Urbański przyszedł na świat 23 marca 1966 roku w Warszawie. Drugie imię dostał w spadku po dziadku Bułgarze. Jego mama - również pochodząca z kraju o stolicą w Sofii - była wychowana w rodzinie, gdzie dobre maniery były w cenie: uczyła się kindersztuby podczas posiłków, z tomami encyklopedii pod pachami. Nic więc dziwnego, że jej potomek wyrósł na człowieka ułożonego i ze wszech miar eleganckiego. Takiego bowiem go poznaliśmy z telewizji: dżentelmen w garniturze - mówili co niektórzy. Z czasem jednak prezenter pokazał, że potrafi też wyjść z garnituru i dobrze dobie radzić w ekstremalnych warunkach. Co jednak niezmienne - zawsze z klasą.

Nie ukrywa, że jego ojciec pochodzi ze wsi za Wyszogrodem. Hubert odziedziczył po dziadkach ziemię i czasem żartuje, że gdy przyjdą kiepskie czasy, to zostanie małorolnym. Wzruszająca jest opowieść o jego najżywszym wspomnieniu z lat dziecięcych, kiedy to podczas świąt Bożego Narodzenia przywędrował do obory, by sprawdzić, czy zwierzęta będą przemawiać ludzkim głosem. Krowy z kumplami owcami beznamiętnie przeżuwały, a mały Hubert w bladym świetle żarówki czekał na ich wigilijne deklaracje... Nadaremnie.

Lata dorastania Urbańskiego to oczywiście także - jak w życiu każdego młodzieńca - szkoła. Prezenter przyznaje, że uczniem był raczej przeciętnym, a cechą, która także go w dzieciństwie odznaczała, była nieśmiałość. Ta jednak odeszła w niepamięć, gdy Hubert zaczął uczyć się w liceum. Co ciekawe, także w tych latach na głowie ówczesnego licealisty pojawiły się... pierwsze siwe włosy. To "prezent", bardzo zresztą przez samego zainteresowanego lubiany, który odziedziczył po matce.

Zaraz po skończeniu liceum 'młody narybek' pracował w roli stażysty w wielu miejscach. Przyznaje, że w tym okresie był w stanie zrobić wiele, żeby nie założyć munduru. I tak, zanim trafił do mediów, pracował w archiwum banku PKO BP, w polskim oddziale IBM, stolarni ojca, a nawet... warszawskiej pizzeri. A studia? Po maturze uczył się przez rok w szkole budowlanej, szybko jednak odkrył, że nie jest to jego powołanie. Później była indologia na Uniwersytecie Warszawskim wytrzymał (bagatela!) rok. Podkreśla jednak, że decyzja o studiowaniu orientalistyki była przemyślana. "Egzaminy językowe na wydziale orientalistyki były po prostu jedynymi, które byłem w stanie zdać" - uczciwie tłumaczy Urbański. Najlepszy był z sanskrytu. Kolejnym, z pewnością bardziej trafionym kierunkiem, było aktorstwo. Wszystkie egzaminy na studiach w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej (obecnie Akademia Teatralna) "Milioner" zaliczył, jednak pracę magisterską obronił dopiero po dziesięciu latach przerwy, w roku 2004. Jego "magisterka" poświęcona była zawodowym aktorom, którzy - zarzuciwszy wyuczony zawód, niczym on sam właśnie - zajęli się prowadzeniem teleturniejów. Wyjaśnia, że definitywnie zakończył swoją naukę w szkole wyższej, bo nie lubi mieć niedokończonych spraw, a także dlatego, że jego ojciec zawsze chciał, by ten miał dyplom wyższej uczelni.

Za swój życiowy sukces Urbański uważa życie zawodowe w ciągu ostatnich lat. Ale nie samą pracą człowiek żyje - prezenter jest ojcem dwóch dziewczyn, istnych "córeczek tatusia", które chętnie zabiera na wspólne wakacje czy po prostu zwyczajne wyjście do kina. Jak opowiada Urbański, to właśnie one są jego najwierniejszymi fankami - po obejrzeniu każdego programu na gorąco recenzują ojca. Tak jest teraz, gdy Hubert często pojawia się na małym ekranie. Nie każdy jednak wie, że wcale nie od telewizji wszystko się zaczęło...

Na początku, w wieku 28 lat, pracował w Radiu ZET, gdzie nabrał "medialnej wprawy i ogłady". W warszawskiej rozgłośni programy prowadził przez dwa lata. Zaraz potem głos Urbańskiego usłyszeć mogli słuchacze stołecznego Radia Kolor. Tak było do roku 1998, w którym rozpoczęła się telewizyjna kariera Huberta. A zaczynał on od TVP1, gdzie prowadził program "Antena". Pomyśleć by można, że po debiucie na szklanym ekranie najpopularniejszy obecnie prezenter TVN na stałe opuścił radiostacje. Nic bardziej mylnego! Otóż jeszcze do roku 1999 Hubert prowadził programy radiowe - najpierw we wspomnianym Radiu Kolor, później zaś w informacyjnym Tok FM. Zaprzecza, jakoby tę ostatnią stację opuścił z powodu konfliktu - pożegnał się tylko dlatego, że wyczerpały mu się baterie. Teraz nie tęskni za radiem i całą tak zwaną "bieżączką" - podczas pracy w radiu był świetnie zorientowany w polityce, sprawach, społecznych, ale to nie był jego świat. Uważa za miałkie i nieważne dobiegające zewsząd informacje o kolejnych oskarżenia i afery.

Od nich ważniejsza jest dla Huberta Urbańskiego telewizja, w jak najbardziej rozrywkowym tego pojęcia znaczeniu. Podkreśla jednak, że nie jest zakładnikiem jedenastej muzy, wbrew temu, co w artykule mu poświęconym sugerował kolega po fachu, Kuba Wojewódzki. Lubi ją bowiem oglądać - ale tylko z rozwagą, a przede wszystkim... lubi w niej pracować. To miejsce, w którym czuje się dobrze i do którego zawsze chętnie wraca. Widać to choćby po tym, z jaką pasją wypowiada się o tym medium, i jak świetnie radzi sobie w niełatwym przecież fachu. Wie, że jego zawód często polega na udawaniu: tu nawet wtedy, gdy wstało się rano lewą nogą, trzeba być miłym i serdecznym zarówno do uczestników programu, jak i widzów. Nie uważa tego jednak za hipokryzję, ale za część pracy. Jak potoczyła się dalej kariera telewizyjna dzisiejszego czterdziestolatka? Po debiucie w Jedynkowej "Antenie", Urbański zmienił miejsce pracy - pojawił się w Polsacie. W stacji Zygmunta Solorza prowadził popularny teleturniej "Piramida". W programie brali udział znani aktorzy i ludzie, walczący o nagrodę główną. Na ekranie monitora pojawiały się słowa, które trzeba było wyjaśnić, podpowiedzieć drugiemu zawodnikowi, mającemu odgadnąć, co to za wyraz. Powtórki widowiska do niedawna jeszcze prezentował Polsat2.

W końcu jednak przyszedł czas na zmiany, duże zmiany. Nastąpił bowiem swego rodzaju "transfer gwiazd" - do Polsatu przeszedł z TVN Krzysztof Ibisz, sam zaś Hubert Urbański obrał odwrotny kierunek. Stało się tak, bo w 1999 roku wygrał casting organizowany przez TVN - stację, dla której pracuje on do dziś. Od tamtego momentu można go było oglądać w teleturnieju "Milionerzy", który jest - bez obawy użyję tego określenia - niepodważalnym fenomenem. Polska edycja hitu, na licencji holenderskich firm Endemol i Celador, cieszyła się ogromną popularnością - na każdym niemal kroku, w pracy, szkole czy miejskiej kawiarni - można było spotkać ludzi zaaferowanych "Milionerami". Program budził wielkie emocje, sam zaś Hubert perfekcyjnie je podsycał. Jego pytania i zwroty, na czele z: "czy jesteś pewien?", "...a może koło ratunkowe?", na trwałe weszły do użycia w języku potocznym. Największa wygrana w teleturnieju wyniosła 500 tysięcy złotych - tę sumę zdobywano trzykrotnie. Niestety jednak żaden z uczestników nie zdołał sięgnąć po milion. Nastał koniec widowiska-hitu, które do dziś jest uważane za najwybitniejsze w swojej dziedzinie. Wielu widzów wciąż zawzięcie wierzy w jego renesans. W tej grupie jest zresztą również sam anchor programu, który w wielu już wywiadach podkreślał niewątpliwą wyjątkowość programu. "Ja się przed szereg nie pcham, ale bardzo chciałbym znowu robić "Milionerów", bo zeszli z ekranów przy wysokiej oglądalności i stali się programem kultowym. Gdyby format wrócił, to dałbym sobie prawą rękę uciąć, żebym to ja go prowadził" - wyznaje z pełnym zaangażowaniem. Wystosowano już wiele próśb, widzowie wciąż czekają, aż znowu usłyszą charakterystyczny jingiel programu, a zarazem - niepowtarzalny i emocjonujący spektakl.

W roku 2003 "naczelny dżentelmen TVN" zadeklarował, że nie ma nic przeciwko reality show. Przeczuwał, iż taka właśnie jest przyszłość telewizji. Potwierdzeń i następstw tej opinii nie trzeba było długo szukać - gatunek, albo przynajmniej jego elementy, wykorzystywała niejedna prowadzona przez Huberta audycja. Prawdziwe życie w pewnym stopniu ukazywało "Jestem, jaki jestem", którego był on gospodarzem. Jego rola polegała na cotygodniowym podsumowaniu wydarzeń w życiu Michała Wiśniewskiego. To właśnie w tym programie wybuchł niezwykle autentyczny i niespodziewany spór pomiędzy gospodarzem, a liderem zespołu "Ich Troje", znanym między innymi ze swoich deklaracji o "natychmiastowym i ostatecznym wyjeździe z Polski". Podczas realizacji kontrowersyjnego show TVN coraz bardziej zdawała się narastać różnica charakterów. Konflikt pomiędzy dwoma panami narastał z programu na program, a jego apogeum zobaczyliśmy oczywiście na żywo, w ostatnim "Ringu" (czerwiec 2003). Co należy podkreślić, Hubert Urbański do końca nie wyszedł z roli. Nie obrażał się, gdy Michał bezwzględnie go atakował, a publiczność - rekrutująca się tylko i wyłącznie z fanów czerwonowłosego muzyka - szalała z zachwytu. Ten fakt nie przeszkodził jednak ulubieńcowi zwłaszcza inteligentnej części widzów w wygraniu swoistej "bitwy" na słowa. Urbański zwyciężył w oczach większości telewidzów i komentatorów, choć nie było to wcale takie łatwe. O wydarzeniu, zawsze po stronie Urbańskiego, pisały wszystkie niemal gazety - od "Super Expressu" po "Wprost".

Po niedzielnym "Jestem, jaki jestem" przyszedł czas na "Dla Ciebie wszystko" - program rozrywkowy, w którym gwiazdor TVN spełniał marzenia. I nie chodziło wcale o zwykłe, codzienne pragnienia, a raczej o pasje. Właśnie dzięki temu widowisku wielu ludzi odmieniło swoje życie, stało się szczęśliwszymi. W ramach jego realizacji kamery TVN-u gościły między innymi we Francji, Szwajcarii, Rosji czy Stanach Zjednoczonych. Program, który prowadził niezwykle już popularny Urbański, notował bardzo dobre ratingi, sięgające nawet trzech milionów ludzi. Między innymi z tego powodu stacja Piotra Waltera zdecydowała się na drugą edycję której emisja zakończyła się w czerwcu 2004 roku.

Co było później? Diametralne zmiany w życiu Huberta - wyjazd na ponad dwa miesiące daleko od cywilizacji - celem były bezludne malezyjskie wyspy: Tengah, Rapang i Mensirip. Wszystko to na potrzeby reality show "Wyprawa Robinson", które było jak dotąd najdroższym przedsięwzięciem stacji. Nagrywanie takiego programu to bez wątpienia niebagatelne wyzwanie. Panuje powszechna opinia, że trudniejszego wyzwania dla telewizji na razie nie ma. Przy temperaturze sięgającej 40°C, wilgotności wahającej się w okolicach 95 procent, Hubert pokazał odwagę i męstwo. Pokazał swoje zupełnie różne oblicze. "Miałem jednoosobowy pokój w bungalowie. I karaluchy w łazience. Trzeba było mieć w ręce grubą gazetę i po zapaleniu światła natychmiast te karaluchy eksterminować. Po tygodniu takiego traktowania ustępowały, bo to inteligentne stworzenia" - to zaledwie jedna z opowieści dotyczących jego życia na wyspie.

Kiedy po raz pierwszy ogłoszono, że TVN zdecydował się na kupienie tego formatu, mówiono o planowanych dwóch edycjach. Mijają jednak kolejne lata, a o "Nowym Robinsonie" jakoś nic się nie słyszy. Tymczasem podobnie, jak w przypadku "Milionerów", widzowie oczekują od decydentów z Wiertniczej (miejsce siedziby stacji) wywiązania się ze wcześniejszych obietnic. Tak się jednak nie dzieje: pomimo, że program - szczególnie jeśli wziąć pod uwagę stosunkowo późną i niekorzystną porę nadawania: poniedziałki i wtorki o 21:30 - notował zadowalające wyniki oglądalności (udziały w grupie docelowej wynosiły ponad 22,5%), i zarobił dla stacji prawie 28 milionów złotych, nie planuje się wznowienia tego survival'a. Cóż, niezbadane bywają wyroki telewizyjnych plannerów...

Co jednak na przykładzie "Robinsona 2004" warto opisać, to reguła występowania Urbańskiego zawsze wyłącznie we flagowych okrętach stacji. Oznacza to mniej więcej tyle, że w stacji Walterów najlepsze programy "zgarnia" właśnie Hubert. Jak mówi sam zainteresowany, nie musi już udowadniać, że podoła kolejnym zadaniom - szefowie darzą go pełnym zaufaniem. "Mogę przekonywać, ubiegać się o jakiś program, ale nie przechodzę castingów. To jest mój przywilej, z którego korzystam. Pracuję w TVN, bo TVN chce mieć właśnie Urbańskiego, a nie kogoś innego" - dodaje. Z pewnością dobrze wróży mu to na przyszłość bo... Hubert w telewizji chce przepracować jeszcze wiele lat. Nie znaczy to jednak, że nie liczy on się z tym, że może zdarzyć się dzień, kiedy wyda się komuś zbyt ograny, za stary albo za brzydki. Póki co jednak - należy do najbardziej lubianych, popularnych postaci telewizyjnych.

A propos popularności. Tą Hubert cieszy się już od czasu "Milionerów". W roku 2000, czyli niedługo po starcie tego teleturnieju, wodzirej został uhonorowany "Wiktorem" przyznawanym przez Akademię Telewizyjną. Został wtedy uznany za "telewizyjne odkrycie roku". "Wiktora traktuję z szacunkiem, ale na pewno nie śmiertelnie poważnie" - mówił wtedy Hubert Urbański. Również w roku 2000 ówczesny prowadzący "Milionerów" został po raz pierwszy nominowany do "Telekamer", czyli plebiscytu organizowanego przez wydawcę najpoczytniejszego tygodnika telewizyjnego w Polsce. Nagrody te są szczególnie dla uhonorowanych ważne, bo przyznają je telewidzowie - adresaci wszystkich ekranowych starań. Hubert zdobył trzecie miejsce, by już za rok odebrać z rąk Zygmunta Chajzera wymarzoną Telekamerę. Od tego czasu minęło parę lat, a Urbański wciąż dostaje kolejne nominacje - w roku 2004 za "Dla Ciebie wszystko". Na tym się jednak nie skończyło...

Bowiem już wkrótce po zakończeniu "Wyprawy Robinson" prezenter zajął się przygotowaniami do nowego programu rozrywkowego, który od samego początku owiany był wielką tajemnicą. W marcu okazało się, że widowiskiem tym będzie "Taniec z gwiazdami", który Urbański prowadził nie sam, a wspólnie z Magdą Mołek. Była gwiazda TVP wyraźnie przypadła mu do gustu, bo - jak przyznawał w wielu wywiadach - program prowadziło mu się z nią świetnie. Docenili to widzowie - taneczne zmagania ósemki gwiazd pod okiem jury i prowadzących program oglądało co tydzień, w soboty, niemal cztery miliony widzów. Program okazał się być wiosennym hitem TVN, który wynikami oglądalności przewyższał nawet sztandarowe "Fakty"!

Apogeum popularności "Tańca..." przypadło jednak na okres kolejnych edycji programu. Każda z nich cieszy się wielkim zainteresowaniem mediów (zwłaszcza prasy, choć nie tylko tej bulwarowej), ale przede wszystkim właśnie ogromnym uznaniem wśród widzów. Już niebawem gwiazdor TVN, wspólnie z Kasią Skrzynecką (37 l.), która z nastaniem drugiej, jesiennej serii zastąpiła u jego boku Magdę Mołek, zaprezentuje światu swoje kolejne - także taneczne - oblicza. Tego ostatniego stwierdzenia użyłem nie bez przyczyny - Urbański bowiem jest określany (i na to określenie zapracował) mistrzem telewizyjnych formatów. Jest zawsze na miejscu, zawsze potrafi zarazić swoim entuzjazmem i humorem widzów. Między innymi dlatego licencyjny hit BBC doczeka się na wiosnę piątej już edycji, tym razem - w nowej oprawie i nieco zmienionej formule. Kontynuując wątek "nagrodowy" - para prowadzących lokomotywę programową telewizji TVN została z końcem ubiegłego roku uhonorowana "Złotymi dziobami" Radia Wawa w kategorii "Wydarzenie roku". Skład ten został również doceniony nominacją w kategorii "Rozrywka" do "Telekamer".'

Jednak nie samą telewizją człowiek żyje - na szczęście. Także Hubert widzi świat poza nią - niedawno zagrał w filmie "Vinci" Juliusza Machulskiego. Niestety, ku zaskoczeniu widzów reżyser na ostatnim montażu wyciął 20 minut, między krótką scenę otwierającą, w której grał Hubert. Na szczęście będę w wersji DVD - pocieszał zawiedzionych Urbański, który wciąż czeka na TĘ rolę. Do tej pory z aktorskiego kunsztu korzystał jeszcze przy okazji gościnnych występów w "Miasteczku", "Królu przedmieścia" czy "Kasi i Tomku" (jako doradca podatkowy).

A co lubi Hubert Urbański? Zacznijmy od kuchni. Przez minione lata Hubert dał się poznać jako smakosz - od kilku lat utrzymuje znajomość ze szwajcarskim kucharzem Kurtem Schellerem, a także z Pascalem Brodnickim. Preferuje jedzenie włoskie, chińskie i arabskie. Twierdzi, że może w kółko jeść na zmianę spaghetti, dania chińskie i kebab. Na jednym z czatów przyznał też, że ogromnym sentymentem darzy też najzwyklejsze naleśniki.

Bohater tego tekstu to również istny obieżyświat. Wiadomo, że marzeniem dziennikarza była podróż do Japonii. W jednym z wywiadów, zapytany o to, co zrobiłby gdyby wygrał milion złotych, wskazał na Japonię właśnie, jako na miejsce wymarzonego zamieszkania. To marzenie spełniło się Anno Domini 2003, w wakacje, zaraz po słynnym zakończeniu programu "Jestem, jaki jestem". Urbański co prawda miliona nie wygrał, ale przyznaje, że od czasu produkcji z Michałem Wiśniewskim pospłacał wszystkie kredyty, samochód i stać go na luksus odmawiania. Warto zaznaczyć, że pomimo dość nieprzyjemnych doświadczeń nigdy nie żałował podjęcia decyzji o poprowadzeniu tamtego programu. To była także nauka.

Jedna z najbardziej lubianych (i opłacanych!) postaci telewizyjnych uwielbia także, jak każdy przecież mężczyzna, samochody. Przez dłuższy czas jeździł Saabem, ostatnio jednak sprzedał auto i przesiadł się do mini-coopera. Z tego ostatniego jest bardzo zadowolony; nie ukrywa jednak, że chętnie korzysta z okazji, by przesiąść się na motor - efektowny BMW. Kiedy jednak sprzedał dwukołowca, zdecydował się na efektowną "piątkę", także z monachijskiej 'stajni'.

Z pewnością można powiedzieć, że "Robinson polskich mediów" sporo pracuje. Produkcja bowiem, którą oglądamy na szklanym ekranie, zajmuje mnóstwo czasu, koniecznego do przygotowania. Tu wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. A jak odpoczywa, gdy zgaśnie lampka w kamerze? Lubi wyjeżdżać na wieś, gdzie najłatwiej zapomina o całym bożym świecie. Jakiś czas temu okazję do tego miał w domu przyjaciół nad Bugiem. A gdy jest w Warszawie, po prostu leży na sofie i ogląda telewizję. Lubi "nic" nie robić. Wyłącza telefon, włącza telewizor i zwyczajnie skacze po kanałach. Ma też sporą kolekcję filmów na DVD. Twierdzi, że w tej sytuacji nic więcej mu do szczęścia nie potrzeba.

W minionych latach Hubert Urbański dał się poznać jako człowiek elegancki, chciałoby się nawet rzec: luksusowy. Jedno jest pewne - to jeden z najlepiej ubranych mężczyzn w Polsce (tym tytułem wyróżniła go ostatnio damska część internautów Wirtualnej Polski). Choć przekonuje, że modzie poświęca niewiele czasu, to jednak ci, którzy go znają, żartują, że nawet na rower nie wsiada bez markowej kurtki. "Kupuję to, co mi się podoba. Moim kołem ratunkowym są markowe sklepy, w których robię zakupy. Ufam, że sprzedają fajne rzeczy, które do siebie pasują" - wyjaśnia.

Co można jeszcze powiedzieć o człowieku, który zgodnie z rankingiem biznesowego tygodnika "Forbes" jest jedną z sześciu największych gwiazd w ojczyźnie? Z pewnością jedno - to taka osobowość, która po prostu warta jest swojego dorobku, a zwłaszcza - uwagi widzów.

Maciej Kautz

Łukasz Ropczyński
NASZE WYWIADY
FAKTY TVN