Miesięcznie odwiedza nas 200 000 użytkowników!
Baner - nagłówek
ODZIAŁY LOKALNE
Kraków
Łódź
Warszawa
Poznań
Toruń
Wrocław
Szczecin
Katowice
Gdańsk
Białystok
PARTNERZY
Hotel Ventus Natural & Medical SPA ****
Rodzinne Boże Narodzenie na Mazurach - na hasło TVN Fakty 5% rabatu
Park Hotel**** KUR & SPA W. Buczyński
Komfortowy Hotel zaprasza do Świeradowa Zdroju
Hotel Buczyński Medical & SPA
Nowo otwarty 4-gwiazdkowy hotel w górach
Piękno Twojego Wnętrza
Producent mebli tapicerowanych
Kompleksowa obsługa instalatorów
Praktyczne warsztaty dla instalatorów!
Sklep Montersi.pl
Pomoże rozliczyć podatki za 2016 rok
Zakupy i zabawa
SONDA
Jak Ci się podoba nowa wersja tvnfakty.pl?

Igor Sokołowski

Myślałem o tym, aby wrócić do radia, ponieważ moją pierwszą dziennikarską miłością jest radio.

Ma Pan żal do właścicieli TVN o to, że zamknęli stację TVN Warszawa, mimo zapowiedzi z początku 2011 roku, że stacja ma szanse na uzyskanie rentowności do końca roku? Nie minęło ledwie 3 miesiące, kiedy ta decyzja z dnia na dzień została zmieniona.

Żałuję, że TVN Warszawa zniknęła, ale nie mogę mieć żalu do właścicieli stacji. Prywatna telewizja jest biznesem – więc jeśli nie zarabia, nie ma racji bytu. Brutalna prawda, ale nie sposób mieć o to żal.

(fot. TVN)

Zaproponowano Panu wtedy pracę w TVN24. Myślał Pan jednak, czy aby nie zmienić firmy na inną?

Tak. Myślałem o tym, aby wrócić do radia, ponieważ moją pierwszą dziennikarską miłością jest radio. I rzeczywiście, po zamknięciu TVN Warszawa, zastanawiałem się nad powrotem. Problem w tym, że w czasie, kiedy pracowałem w TVN Warszawa w studiach radiowych, czego nie było 3 lata wcześniej, pojawiły się kamery telewizyjne. Teraz to, co dzieje się na antenie można zobaczyć. Pomyślałem wtedy, że jeżeli już pracować z kamerą to jednak w telewizji, a nie w radiowym studiu. Tym bardziej, że w radiu zawsze najprzyjemniejsza była intymność. Kamera w studiu radiowym tę intymność niewątpliwie zabiera.

Debiut Igora Sokołowskiego w paśmie Dzień na żywo w TVN24 - 14.07.2011 (fot. TVNFakty.pl)

Jednak w kwietniu stał się Pan prezenterem sekcji dokumentacji i analiz. W lipcu z kolei dostał Pan szansę i zaczął prowadzić serwisy informacyjne TVN24, a w październiku dostał Pan do poprowadzenia jedno z najtrudniejszych pasm TVN24 - Poranek . Od tamtego czasu można o Panu mówić osoba nr 3 w Poranku po Jarosławie Kuźniarze i Marcinie Żebrowskim, gdyż, co jakiś czas w zastępstwie prowadzi Pan to pasmo.

Zgadzam się z Panem, że to Poranek to najtrudniejsze pasmo TVN24. Przede wszystkim dlatego, że zaczyna się o bardzo nieprzyzwoitej porze. Po pierwsze mam problem, aby wstać o 4 nad ranem, po drugie, aby o 5:55 stworzyć wrażenie, że jestem w miarę przytomny.

Poranek trudny jest również dlatego, że głównymi gospodarzami programu są Jarek i Marcin - dwie silne osobowości. Musiałem uważać, żeby nie udawać żadnego z nich. Zazwyczaj jest tak, że jeżeli wchodzi się w czyjeś buty, a tak było w przypadku Poranka, to nieświadomie można starać się upodobnić do tego, co zna widz, do czego jest przyzwyczajony. I największym zagrożeniem w przypadku tego programu jest, aby nie kopiować Jarka, aby nie kopiować Marcina, bo każda kopia jest gorsza od oryginału. Z tym miałem największy problem, bo bałem się, że będę udawać kogoś, kim nie jestem.

Pierwsze wydanie specjalne Igora Sokołowskiego - 19.07.2011

Pana szefowie od początku jak Pan był w TVN24 musieli w Pana mocno wierzyć, bo zaledwie parę dni po tym jak zaczął Pan prowadzić serwisy informacyjne, dostał Pan do poprowadzenia program specjalny w paśmie, którego gospodarzem miał być Jakub Porada.

O wiarę we mnie musiałby Pan zapytać moich szefów, lecz jeśli miałbym zgadywać, to prawdopodobnie chcieli sprawdzić, co umiem, do czego się nadaję, a do czego - nieco mniej, albo wcale. A Kuba akurat wtedy nie mógł poprowadzić programu, więc pojawiła się okazja aby mnie „wypróbować”.

Które programy najchętniej prowadzi Pan w TVN24. Poranki TVN24, czy serwisy informacyjne?

Każde pasmo jest inne, każde ma swoje plusy i minusy. Trudno odpowiedzieć na pytanie, w którym czuję się najlepiej, jaki program najlepiej się prowadzi. Mam wrażenie, że każdy z nas, każdy z prezenterów TVN24 nadaje, programom które prowadzimy, pierwiastek osobisty. Tym samym, taki program staje się „nasz”.

Zanim trafił Pan do TVN Warszawa, pracował Pan w TOK FM, Radiu Kolor i Programie I PR. TVN Warszawa było Pana pierwszym projektem telewizyjnym?

I tak, i nie. Nie – dlatego, że pierwsze kroki w zawodzie stawiałem w TV Dami, w Skarżysku-Kamiennej, skąd pochodzę. Tak – bo trudno porównywać małą, miejską telewizję sprzed niemal 20 lat do TVN Warszawa.

W Internecie krążyło wiele opinii, że w TVN Warszawa pracują wygnańcy z Wiertniczej. Brał Pan to do siebie?

Nie. Po pierwsze dlatego, że ich nie słyszałem, po drugie, nie tylko dla mnie, ale dla większości moich koleżanek i kolegów z TVN Warszawa była to pierwsza przygoda z telewizją. Zazwyczaj byli to radiowcy, którzy telewizji dopiero zaczynali się uczyć, więc nie wydaje mi się, aby można było mówić o nas, jako o wygnańcach skądkolwiek.

Oczywiście, osoby które wymyślały tę telewizję, tworzyły ją, wcześniej pracowały na Wiertniczej, ale trudno wymagać, aby zajmowali się tym laicy. Byli to fachowcy, rzeczywiście z Wiertniczej, ale na pewno nie byli wygnańcami.

Bardziej chodziło mi w tym pytaniu o komentarze takiego typu, że w TVN Warszawa pracują ludzie za mało zdolni do pracy w TVN24.

Gdyby tak było, po zamknięciu TVN Warszawa musieliby szukać innej pracy. A niemal wszyscy reporterzy zostali zaproszeni do TVN24 i do dziś tu pracują.

Utkwiły Panu w pamięci jakieś szczególne rozmowy z gośćmi?

Na pewno utkwiła mi w pamięci rozmowa z prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz. Odbywała się na dachu jednego z warszawskich wysokościowców, 15 grudnia, z okazji pierwszych urodzin TVN Warszawa, a pech chciał, że grudzień tamtego roku był wyjątkowo mroźny. Po półtoragodzinnej rozmowie miałem wrażenie, że nigdy w życiu nie będzie mi już ciepło. Trudno to zapomnieć.

Pamięta Pan rozmowę z Krzysztofem Gonciarzem, właścicielem telewizji internetowej tvgry.pl z 27.01.2012 roku na temat ACTA? Po tej rozmowie w Internecie rozpętała się burza i wiele osób wypowiadało bardzo nieprzyjemne stwierdzenia pod pana adresem.

Pamiętam rozmowę i pamiętam burzę, jaką wywołała. Niesłusznie zarzucano mi po niej, że jestem zwolennikiem przepisów, o które toczył się spór. W tej rozmowie chciałem udowodnić – i wydaje mi się, że się udało – że przeciwnicy ACTA nie znają zapisów, przeciwko którym protestują.

Całkiem niedawno były święta. Po raz kolejny to Pan miał tę przyjemność albo i nie spotkać się widzami. Jaką ma Pan receptę na udane święta w pracy? Anita Werner podkreśla, że czuje się wtedy magię świąt. Dorota Gawryluk z kolei ubiera się wyjątkowo odświętnie w czerwoną marynarkę, razem z kolegami spożywa wigilijne potrawy. Twierdzi, że czas leci zupełnie inaczej, wszyscy są dla siebie milsi.

Obie panie mają rację. To wyjątkowe dyżury. Trudno się na nie idzie, kiedy trzeba zostawić bliskich i wyjść z domu, ale kiedy dotrzemy już do pracy – jest szalenie miło. Dla nas dodatkową przyjemnością, jest świadomość, że widzowie, włączając telewizor, zapraszają nas do swoich domów w tak uroczyste dni. To wyróżnienie, że my możemy być wtedy z nimi, z ich najbliższymi.

Wróćmy jednak do Pana początków pracy zawodowej. Swoje pierwsze kroki stawiał Pan w radiu. Jak pan wspomina ten okres?

Fenomenalnie. Choć pierwsze zawodowe kroki – jak już ustaliliśmy – stawiałem w Telewizji Dami i Gazecie Skarżyskiej. Ale rzeczywiście, w Warszawie, kiedy przyjechałem tu na studia, moją pierwszą pracą było TOK FM. Do dziś jestem bardzo jestem wdzięczny Ani Maruszeczko, do której programu trafiłem i Edycie Mietkowskiej, która była jego wydawcą. Przygotowanie 3-godzinnego programu prowadzonego na żywo było najlepszą szkołą dziennikarstwa jaką można sobie wyobrazić. Trzeba było przygotować od 3 do 6 tematów codziennie. Trzeba było je zgłębić tak, aby pomóc prezenterowi wybrać najciekawsze wątki, najważniejsze kwestie. Była to więc nie tylko znakomita szkoła zawodu, ale świetny sposób na pogłębienie wiedzy w każdym możliwym temacie. To, czego wtedy się nauczyłem, dowiedziałem, z powodzeniem wykorzystuję do dziś.

Ówczsesne TOK FM miało też największy wpływ na to, czego później szukałem w zawodzie. To tam „zaraziłem się” bezpośrednim kontaktem z odbiorcą. TOK FM było wtedy radiem, które pierwsze postawiło na udział słuchaczy w programie. Ba, to słuchacze przede wszystkim program tworzyli, dlatego w każdym kolejnym miejscu w którym pracowałem na tym zależało mi najbardziej. Pamięta Pan „Miejskiego reportera” w TVN Warszawa? Do tego programu zaprosiliśmy Warszawiaków, aby wspólnie z nami współtworzyli program, komentowali to, co dzieje się w mieście. Pierwowzór – to właśnie TOK FM z jego początków.

Gdzie Pan czuje się lepiej? W radiu czy telewizji?

Nie sposób porównać tych dwóch mediów. Kiedyś, właśnie przez ten bezpośredni kontakt z słuchaczem, powiedziałbym, że praca w radiu jest mi bliższa. Ale od tego czasu minęło już niemal 15 lat. Przez ten czas telewizja w bardzo podobny sposób zbliżyła się do swojego widza. Wspominałem TVN Warszawa, ale nawet teraz rozmawiamy w telewizji, która w dużej części tworzona jest przez widzów dzięki Kontaktowi 24. Kolejnym przykładem jest „Szkło kontaktowe”.

Jest ktoś taki, na kim wzoruje się Pan w swojej pracy zawodowej?

Nie, choć na pewno są osoby, które nauczyły mnie najwięcej. Edyta Mietkowska, Aneta Wrona, Patrycja Redo i Andrzej Matul. Bardzo mi pomogli na różnych etapach mojej pracy. Ale rozmawialiśmy już o tym, że zapatrzenie się w kogoś niesie ryzyko, że zaczniemy tę osobę naśladować. Dlatego na nikim się nie wzoruje, ale jest kilka osób, które podglądam i od których się uczę.

Igor Sokołowski po udzielonym wywiadzie dla TVNFakty.pl (zdjęcie: Mateusz Bugajski)

Czy Lessie to Pana ulubiony piłkarz? Ma Pan na swoim koncie inne, równie ciekawe wpadki?

Tłumaczyłem już, że o poranku jestem zazwyczaj niewyspany i średnio przytomny (śmiech). Żadną tajemnicą nie jest również, że nie jestem wielkim fanem piłki nożnej. Stąd znajomość nazwisk, nawet tych najsłynniejszych piłkarzy, nie jest moją najmocniejszą stroną, do czego się z resztą bez bicia się przyznaję. Również na antenie. A Lessie? Ot, skrót myślowy. I tak Leo Messi stał się Lessim. A czy inne swoje wpadki pamiętam? Nawet jeśli tak, to się nie przyznam (śmiech).

Zagrał Pan również w serialu „Egzamin z życia”. Jakie to było doświadczenie dla Pana?

Bardzo niewdzięczne. Zgodziłem się, bo poprosił mnie o to mój przyjaciel. To była rola prezentera radiowego. Choć moja kwestia składała się raptem z dwóch zdań, to liczba dubli i mina Pani reżyser dobitnie świadczyły, że nie jestem i nie będę dobrym aktorem.

Wystąpił Pan tylko w dwóch odcinkach, dlatego, że taki był zamysł reżysera, czy może ze względu na Pana problemy z grą aktorską?

Nie wiem. Wydaje mi się, że tak miało być od samego początku, a przynajmniej taką mam nadzieję (śmiech).

Czym Pan się interesuje, na co dzień?

Ja się bardzo wieloma rzeczami interesuję...

Może więc pomogę?

Proszę bardzo.

Pana zainteresowanie koleją. Skąd ono się wzięło?

(śmiech) Moja mama mówi, że pewnie przesiąknąłem dymem parowozu na który zabierał mnie pradziadek – maszynista. I pewnie coś w tym jest, bo rzeczywiście pochodzę z rodziny w dużej części kolejarskiej, więc dla mnie kolej była zawsze bliska i zawsze była interesująca. Do tego moje rodzinne miasto znane jest z tradycji kolejarskich. Stąd kolej zawsze była obecna w moim życiu, starałem się ją zrozumieć, a im bardziej się starałem, tym bardziej mnie interesowała. I tak już zostało.

Chciałby Pan zostać w przyszłości prowadzącym „Fakty” TVN?

Nie.

Dlaczego? Dla wielu dziennikarzy jest to jednym z marzeń.

Praca dziennikarzy „Faktów” – fantastycznych dziennikarzy - różni się od naszej, prezenterów TVN24. W „Faktach” widzowie otrzymują od nich nie tylko informację, ale i komentarz do niej. Widzowie „Faktów” dowiadują się o konsekwencjach tego, co się wydarzyło się danego dnia, ale nieco wcześniej. Często otrzymują pogłębioną analizę. Mnie jednak bardziej interesuje praca – nazwijmy ją – na pierwszej linii frontu. Naszym zadaniem – inaczej niż kolegów z „Faktów” - jest dostarczenie informacji jak najszybciej. Często przekazujemy ją w momencie, kiedy coś jeszcze się dzieje. Niemal jednocześnie z widzami dowiadujemy się szczegółów. Takie momenty dostarczają ogromnej dawki adrenaliny.

Nie wychodzi Pan z założenia, że mówienie na antenie o tym, jak podchodził Pan 6 razy do zaliczenia egzaminu na studiach dziennikarskich źle świadczy po prostu o Panu. Przepraszam, ale przeciętny widz, który mógł to usłyszeć równie dobrze mógł sobie pomyśleć, „co za niedouczony gość”.

(śmiech) Nie, ponieważ już na pierwszym egzaminie z tych sześciu, o których wspomniałem w rozmowie z dr Anną Materską-Sosnowską, uzyskałem ocenę dostateczną. Problem w tym, że pani doktor wyobraziła sobie, że powinienem postarać się o lepszą ocenę. I spotykaliśmy się kolejne razy nie po to, abym ten egzamin zaliczył, ale po to bym poprawił tróję. Koniec końców, po sześciu wspomnianych razach uznała, że douczyłem się na tyle, że zasługuję na pięć.

Ma Pan taki okres w życiu zawodowym, który chciałby Pan wymazać ze swojego życiorysu?

Nie. Nawet, jeżeli były momenty, których dziś bym już nie powtórzył, to jednak wszystkie zawodowe doświadczania były ważne, pouczające. Nie ma czegoś, czego bym się wstydził.

W TOK FM prowadził Pan audycję „Sułtani nocy” wspólnie z Maćkiem Rockiem. Audycja ta była przeznaczona wyłącznie dla dorosłych. Nie uważa Pan, że była zbyt kontrowersyjna?

Ale ona miała być kontrowersyjna! Przez to chcieliśmy trafić do rówieśników, przekonać ich do trudnej formuły radia „gadanego”. Do tego fantastycznie było spierać się z Maćkiem i słuchaczami o rzeczy trudne – stawiając kontrowersyjne tezy.

Czy Pana wizerunek z czasów pracy w TOK FM nie koliduje z poważnym dziennikarstwem?

Zapomina Pan, że tamta audycja była nadawana niemal 15 lat temu, więc trudno porównywać dwudziestolatka do faceta, który ma lat 34. Po drugie tak w TVN24 jak i w TOK FM – największą dla mnie wartością była rozmowa, możliwość poznania zdania innych. Robiłem to w „Sułtanach Nocy”, robię to teraz. Choć na pewno w inny sposób.

Dlaczego rozstał się Pan z TOK FM?

Odchodziłem kiedy TOK FM zmieniło formułę z radia z udziałem słuchaczy, na radio typowo informacyjne. Wydawało mi się, że jest to naturalny moment, aby spróbować czegoś nowego, gdzieś indziej.

Wiedział Pan, jak ma Pan dużo fanów? Na naszym forum z męskiej załogi TVN24 jest Pan najpopularniejszy.

Nie wiedziałem, ponieważ nie czytam forów internetowych. Kiedyś bardzo się sparzyłem czytając o sobie niesympatycznych rzeczy. Wtedy zabolało, dziś pewnie byłbym odporniejszy, ale mimo wszystko, od tamtego czasu, nie wchodzę na fora. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś chce się do mnie trafić np. z konstruktywną krytyką tego co i jak robię, to znajdzie na to sposób. Przecież żadną tajemnicą nie są nasze służbowe adresy mailowe.

Odwiedza Pan czasem serwis tvnfakty.pl?

Częściej „widuję” Was na Facebooku i stamtąd dowiaduję się o czym piszecie. Ale obiecuję, że to się zmieni i będę zaglądał.

Rozmawiał: Mateusz Bugajski, Warszawa, 26.01.2013

Mateusz Bugajski

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz, wypełnij poniższe pola. Każdy komentarz musi przejść proces weryfikacji.

Pola oznaczone * są wymagane.

Lista komentarzy

Lista dodanych komentarzy

Hotel Buczyński Medical & SPA
Park Hotel KUR & SPA
NASZE WYWIADY
FAKTY TVN