Miesięcznie odwiedza nas 200 000 użytkowników!
Baner - nagłówek
ODZIAŁY LOKALNE
Kraków
Łódź
Warszawa
Poznań
Toruń
Wrocław
Szczecin
Katowice
Gdańsk
Białystok
PARTNERZY
Hotel Ventus Natural & Medical SPA ****
Rodzinne Boże Narodzenie na Mazurach - na hasło TVN Fakty 5% rabatu
Park Hotel**** KUR & SPA W. Buczyński
Komfortowy Hotel zaprasza do Świeradowa Zdroju
Hotel Buczyński Medical & SPA
Nowo otwarty 4-gwiazdkowy hotel w górach
Piękno Twojego Wnętrza
Producent mebli tapicerowanych
Kompleksowa obsługa instalatorów
Praktyczne warsztaty dla instalatorów!
Sklep Montersi.pl
Pomoże rozliczyć podatki za 2016 rok
Zakupy i zabawa
SONDA
Jak Ci się podoba nowa wersja tvnfakty.pl?

Tomasz Sekielski

Pełna pasji i sentymentów rozmowa o historii "Faktów", o trudnych momentach w życiu dziennikarza, o "Teraz My", oglądalności, rywalizacji i planach na przyszłość: Tęsknie do reporterki i moja żona sama mówi, że powinienem robić jak najwięcej materiałów, bo wtedy wraca mi błysk w oczach. Bez banalnych pytań i bez tematów tabu.

Łukasz Ropczyński, tvnfakty.pl: Jak Pan wspomina początki pracy w "Faktach"? Przychodził Pan do TVN z poczuciem, że przed Panem wielka telewizyjna przygoda, czy raczej ryzykowna zmiana pracy?

Tomasz Sekielski: To było jak skok do basenu, w którym nie wiadomo, czy jest woda. Dzisiaj TVN jest wielką, potężną firmą medialną. Mnóstwo osób zabiega o to, żeby tutaj pracować, jest to jedno z lepszych miejsc pracy dla dziennikarzy - jeśli nie najlepsze. Nie mówię tego dlatego, że tu pracuję, ale tak naprawdę jest, choć początki były bardzo trudne. Pamiętam jak chodziliśmy do Sejmu, i nie będę wymieniał nazwisk tych znanych dziś dziennikarzy, którzy kpili sobie z nas mówiąc "O, przyszła telewizja kablowa". Złośliwości pod naszym adresem nie brakowało. Było bardzo ciężko i trudno. Oczywiście dzisiaj patrzę na to jak na wielką przygodę, byliśmy niczym pionierzy podbijający dziki zachód. Mam poczucie wielkiego zadowolenia i dumy, bo brałem udział w tym przedsięwzięciu od samego początku. Nie chcę by brzmiało to pompatycznie, ale naprawdę tworzyliśmy historię polskiej telewizji. Niewielu może powiedzieć, że współtworzyło "Fakty" - ja mam taki przywilej, to prawdziwy zaszczyt. Dziś nie żałuję rzecz jasna swojej decyji o związaniu się z TVNem, ale gdy wszystko się zaczynało miałem dużo wątpliwości. Nikt nie był pewny, czym to się zakończy. Co ciekawe to Andrzej Morozowski przekonał mnie do przyjścia do TVN. On pracował wówczas w Radiu Zet. To nie było tak, że gdy otrzymalem propozycję od Maćka Sojki, który razem z Grzegorzem Miecugowem kompletował ekipę Faktów od razu się zgodziłem. Byłem wtedy reporterem w "Radiu dla Ciebie". Miałem tam swoje wywiady z politykami i dobrą pozycję, jak na ówczesne czasy. Długo się zastanawiałem, nie przespałem kilku nocy i postanowiłem zaryzykowć. Zamknąłem oczy, skoczyłem i... na szczęście się okazało, że w basenie jest woda.

W jednej z książek Tomasza Lisa można przeczytać, że był Pan wtedy nadąsany i diabli wiedzą na co obrażony, a do tego w irytujący sposób przewracał Pan oczami, gdy Lis wydawał polecenia. Jak się Pan do tego odniesie?

No cóż - zawsze byłem niepokorny. Zresztą Tomek też nie był bratem łatą, który tylko się uśmiecha i tryska dobrym humorem. Momentami nasza współpraca z Tomkiem nie była ani łatwa, ani przyjemna. Zresztą Tomek zawsze powtarzał, że newsy to nie jest zabawa dla grzecznych harcerek, czy szkółka niedzielna. Czasami się spieraliśmy, kłóciliśmy, być może przewracałem oczami, jak się z czymś nie zgadzałem, ale najważniejsze, że na koniec dnia powstawał dobry program, w który miałem swój wkład w postaci materiału. Nie jest tak, że jest jeden nieomylny wódz, a reszta ma być w niego wpatrzona i ślepo wykonywać polecenia. Kolegia redakcyjne robi się po to, żeby dyskutować, więc dyskutowaliśmy - tak hartuje się stal. I myślę, że suma sumarum dobrze się Tomkowi ze mną współpracowało, skoro dostawałem do robienia główne tematy polityczne, a on sam chwalił moje materiały i moją pracę. Także w książce o, której pan wspomniał jest wiele dobrego na mój temat. Uważał mnie za fightera i świetnego reportera. Nazwał mnie nawet swoim trudnym dzieckiem.

Nawet napisał, że Pan mu na złość robił te dobre materiały.

Nie, nie. Nie robiłem nikomu na złość tych materiałów. Robiłem je przede wszystkim dla widzów.

A Tomasz Lis jaki wtedy był? Sprawiał wrażenie szefa, który poprowadzi zespół "Faktów" do sukcesu?

Gdy pierwszy raz zobaczyłem Tomka, podszedłem do niego z dystansem. To było na Augustówce w willi, gdzie na "sucho" ćwiczyła powstająca redakcja Faktów. Nie było wówczas jeszcze siedziby TVN, a studio Faktów istniało tylko na papierze i w komputerach projektantów. Poszczególne działy tworzącej się telewizji były porozrzucane po różnych miejscach. Gdy przyjechał Tomek na pierwsze spotkanie, spojrzałem na niego jak na jeża. Pojawił się facet, taka legenda ze Stanów i teraz pokaże nam prawdziwe dziennikarstwo telewizyjne... Rozdał nawet swoje słynne broszurki na temat, jak powinien wyglądać dobry materiał newsowy. Nie padliśmy z wrażenia na kolana. Trzeba jednak przyznać, że miał swoją wizję i konsekwentnie ją realizował. Choć i on musiał się jeszcze wiele nauczyć.

Nie myślał Pan wtedy żeby odejść?

Nie. Myślałem owszem o odejściu po jakimś czasie, ale nie ze względu na Tomasza Lisa.

Zdradzi Pan z jakiego powodu?

Do TVN nie przeszedłem dla pieniądzy. Straciłem finansowo na przejściu z radia do telewizji, ale miałem taką umowę, że po jakimś czasie, jeśli się sprawdzę, dostanę podwyżkę. Minęło około pół roku, tj. okres próbny. Szefowie byli zadowoleni, a ja wciąż nie dostałem podwyżki. Praca w telewizji zaczęła mi się nie kalkulować. Chcąc nie chcąc, z wielkim bólem zacząłem się rozglądać za jakims innym zajęciem. Na szczęście dla mnie, jak się tylko Mariusz Walter dowiedział, że mam taki problem, to go rozwiązał od ręki. Okazało się, że zaszwankował przepływ informacji między ówczesnym szefostwem Faktów, a prezesem.

Tomasz Sekielski w Białym Domu, Waszyngton (fot. archiwum prywatne)

Jak Pan wspomina swoje pierwsze ważne materiały dla "Faktów" z powołania rządu Jerzego Buzka w 1997 roku?

Wtedy jeszcze nie było wiadomo, że premierem zostanie Jerzy Buzek. Trwały polityczne narady, negocjacje i spekulacje. Gdy zrobiłem materiał do pierwszego wydania "Faktów" to cytował mnie Reuters. Chociaż jak dzisiaj na niego patrzę, to warsztatowo był słabiutki.

Nie miał Pan problemu z tym, żeby ten materiał trwał te dwie, trzy minuty?

Na początku robiliśmy materiały w "Faktach", które miały trwać minutę, góra półtorej. Miałybyć niemal teleexpresowe. Ten pierwszy materiał był bardzo krótki i jeśli chodzi o taką sztukę telewizyjną, to mogę go dzisiaj pokazywać, aby tłumaczyć jak nie należy robić materiałów. Choć wówczas byłem zadowolony. Po pierwsze dlatego, że zdążyłem na czas, bo wtedy wciąż jeszcze uczyłem się montażu telewizyjnego. Po drugie mieliśmy coś, czego inni nie mieli, czyli wypowiedź jednego z kandydatów na premiera profesora Wiszniewskiego i wreszcie po trzecie - byliśmy cytowani przez międzynarodowe agencje prasowe. Pod tym względem byłem zadowolony. Jak dzisiaj patrzę, to telewizyjnie skopana sprawa.

Pierwszym ważnym wyjazdem telewizyjnym była Albania w 1999 roku?

Nie. Pierwszy ważny wyjazd, to była Holandia w 1997 roku, kiedy było wiadomo, że Jerzy Buzek zostanie premierem. Wiedzieliśmy, że Buzek wraca z wakacji i ma międzylądowanie w Amsterdamie. Wpadliśmy na pomysł, że ja polecę do Amsterdamu, żeby go złapać by przez telefon udzielił wywiadu "Faktom". Wsiadłem w samolot, wylądowałem w Amsterdamie i stałem się osobą podejrzaną, bo nie chciałem opuścić lotniska tylko od razu wracałem do Polski. Nikt nie wiedział, o co chodzi temu facetowi, że nie chce opuszczać lotniska. Starałem się tłumaczyć, że czekam na nowego polskiego premiera. Patrzono jednak na mnie nieufnie. Stałem ze zdjęciem Jerzego Buzka w ręku, bo wtedy nikt nie wiedział, jak on wygląda i na wszystkich patrzyłem, ale nigdzie go nie było. Byłem przerażony. Dramat, a przecież sprawdziliśmy swoimi kanałami, że Buzek będzie tym samolotem wracał. Kończyła się odprawa i zauważyłem, jak biegnie facet w swetrze - Jerzy Buzek. Podszedłem do niego i mówię, że jestem z polskiej telewizji TVN i mam prośbę o udzielenie wywiadu. Początkowo odmówił, bo nie zdążył porozmawiać jeszcze z Krzaklewskim. Powiedziałem: "Musi pan, ja tu specjalnie przyleciałem, żeby pan udzielił tego wywiadu". Wtedy wziął telefon, został połączony z Tomaszem Lisem. Byłem strasznie z siebie zadowolony, że udało się go złapać i że udzielił tego wywiadu. Dziennikarze zobaczyli w "Faktach" tę wypowiedź i natychmiast udali się na lotnisko. Miałem satysfakcję, gdy wychodziłem obok Jerzego Buzka już tu w Warszawie, a na niego czekał tłum kamer i fotoreporterów. To był mój pierwszy wyjazd za granicę, który miał duże znaczenie dla "Faktów".

Ale widzowie nie wiedzieli, że to Pan.

Nie wiedzieli, ale praca w redakcji takiej jak Fakty nie polega tylko na tym, żeby błyszczeć i pokazywać buzię i napawać się swoimi sukcesami. Praca redakcyjna polega też na tym, że wykonuje się czasami rzeczy, których nie widać, a bez których program by nie powstał. Wielokrotnie będąc w sejmie nagrywałem jakąś istotną dla kogoś wypowiedź i nikt później nie wiedział, że to ja ją nagrałem. W "Faktach" obowiązywała zasada - zabrzmi górnolotnie albo banalnie - "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Przez to, że musieliśmy walczyć o to, żeby "Fakty" zainstniały i zyskały widzów mieliśmy poczucie, że musimy być razem, stanowić drużynę. To była grupa ludzi, która ze sobą nie konkurowała, a współpracowała. To była naprawdę gra drużynowa. Ta ekipa, która pracowała wtedy w "Faktach" to była grupa zgranych ludzi, którzy nie robili sobie świństw, a wręcz przeciwnie - wspierali się. I to też jest powód, dla którego "Fakty" odniosły sukces. To była prawdziwa redakcja, a nie grupa ludzi, z których każdy chce tylko błyszczeć.

A jak było z Albanią?

To wymyślił chyba Grzegorz Miecugow. Pierwszy pojechał Marcin Wrona i Tomasz Sianecki. Oni byli już długo, ponad miesiąc i trzeba było ich zmienić. Padło na mnie. Spakowałem się i poleciałem.

Nie bał się Pan wojny?

Nie. Dziennikarzem zostaje się, żeby relacjonować ważne i ciekawe wydarzenia. Człowiek nie jedzie gdzieś z myślą, że coś mu się stanie. Jeśli tak bym myślał, to czas zmienić zawód. Gdy śledzę działania jakiejś mafii, czy handlarzy bronią w Polsce, też ktoś teoretycznie może mi coś zrobić. Grzebiąc przy służbach specjalnych także się komuś narażam. Patrząc politykom na ręce, ujawniając niewygodne fakty też nie jestem ulubieńcem wielu wpływowych ludzi. Ja o tym nie myślę, po prostu staram się dobrze wykonać swoją pracę. To moja pasja. Dzisiaj ze względu na to, że prowadzę program publicystyczny, to słyszę "Tomasz Sekielski - publicysta". Ja się czuję wciąż reporterem. Reporter to jest ktoś, kto chce opisywać świat, jest ciekawy świata, jest ciekawy ludzi. Zawsze gdy jako reporter wyjeżdżałem w teren czułem pozytywny dreszcz emocji. Tak samo było z wyjazdem do Albanii. To, że mogłem robić materiały o uchodźcach, pokazać niegodziwości, okrucieństwo wojny, to był to dziennikarsko olbrzymie wyzwanie. Ani w Albanii, ani jak robiliśmy "Fakty" z Iraku, nigdy nie myślałem o tym, że coś mi się stanie. Nie można tak myśleć, bo wtedy nie da się robić dobrego materiału.

A żona?

Żona to rozumie. Wie, że są pewne sytuacje, kiedy nie ma co ze mną walczyć. Wie też, że ja nie jestem wariatem, że to jest mój zawód i pewnie dlatego też jesteśmy razem, bo ona to szanuje, rozumie i docenia. Wie, że czasami mogę pojechać w miejsce, które nie do końca jest bezpieczne albo zajmować się niebezpiecznymi tematami. Dokładnie wiedziała z kim się wiąże i strasznie jestem jej za to wdzięczny, że mogę robić to, co robię.

zespół Faktów TVN, wyjazdowe wydanie z Ukrainy (fot. archiwum prywatne)

Dwa miesiące później do Polski przyjechał papież. Proszę opowiedzieć jak z Pańskiego punktu widzenia wyglądało relacjonowanie pielgrzymki?

To był moment, kiedy "Fakty" zaczęły pokazywać swój rozmach i jakość. Na naszym tle telwizja państwowa stawała się jeszcze bardzie siermiężna. Tę różnice widać było na każdym kroku materiały, pomysły, styl relacjonowania papieskiej pielgrzymki. To był moment, kiedy ja doświadczyłem czegoś takiego, że widzowie zaczynają wreszcie dostrzegać inność i jakość naszego programu. Telewizja państwowa miała wówczas "monopol" na obsługę pielgrzymki. Jej plan był własciwie układany pod TVP dzięki czemu ekipy naszej konkurencji miały lepsze miejsca i warunki do pracy. Mimo tych problemów, moim zdaniem Fakty i tak były lepsze. Wygrywaliśmy pomysłowością, nasze materiały były ciekawsze, a Fakty nadawane z miejsca wydarzeń. Udało nam się to zrobić z dużym rozmachem i pokazaliśmy, że jesteśmy kreatywni. To było bardzo ważne. Oglądalnościowo "Wiadomości" wciąż wygrywały, ale jakościowo to my byliśmy zwycięzcami.

Czyli po dwóch latach byliście już lepsi od "Wiadomości"?

Gdzie tam po dwóch latach. "Fakty" z programu na program nabierały kształtu, formy. My każdy kolejny materiał robiliśmy coraz lepiej. Każdy materiał, to był krok do przodu, a "Wiadomości" stały w miejscu. Szablonowe materiały, słabe teksty, przykryte z metra obrazkami. To było niebo, a ziemia. Początkowo spróbowaliśmy rzeczy kompletnie niemożliwej, czyli "Fakty" o 19:30. Wtedy rzeczy niemożliwej, bo dzisiaj nie wiem, jakby wyglądało takie starcie. Myślę, że "Fakty" mogłyby wygrać. Gdy przyszła wiadomość, że przesuwają nas na 19:00 była rozpacz w zespole. Życiowa tragedia. Mieliśmy takie poczucie, że nasi szefowie mówią: "Jesteście za słabi. Jednak 19:00". Dzisiaj wiem, że to był dobry ruch, że zrezygnowaliśmy z tego bezpośredniego starcia. My na początku liczyliśmy dziesiąte częsci procenta. Nie jest łatwo pokonać dziesięciolecia ludzkich przyzwyczajeń. Nagle powstaje stacja telewizyjna, która ma zasięg 40 proc. kraju, jest tak naprawdę tylko w dużych miastach i to też tak sobie, nie wszędzie. To nie była sprawa łatwa. Część ludzi w ogóle nie mogła nas oglądać, część nie wiedziała, że jesteśmy. To się powoli rozkręcało. Nie chcę powiedzieć, że byliśmy lepsi od Wiadomości już od pierwszego programu, ale bardzo szybko jakościowo ich prześcignęliśmy. Było widać, że to jest coś, czego w Polsce nie było.

Pamięta Pan sytuację, gdy Mirosław Rogalski przywiózł z Ukrainy kasetę z pijanym prezydentem Kwaśniewskim? Co Pan wtedy myślał o całej tej sytuacji?

Samej sytuacji nie pamiętam. Pamiętam tylko jak zaczyna się już dyskusja u nas w redakcji. To był chyba piątek, gdy on wrócił z Ukrainy. Było późno, tuż przed 19. Padła informacja, że jest pijany Kwaśniewski, ale sprawa zostaje odłożona, bo jest za późno na to, żeby obejrzeć te zdjęcia i zastanowić się co z tym zrobić. Później jest sobota i niedziela i sprawa wraca, jak Tomasz Lis ma swoje wydanie w poniedziałek. Tak to pamiętam.

W sobotę nie mógł iść ten materiał? Musiał czekać do poniedziałku?

Hmm...

Nikt zamiast Lisa nie mógł tej decyzji podjąć?

Nie. To bardziej skomplikowane. Ja nie chciałbym się wypowiadać. Po pierwsze to jest jakaś wewnętrzna sprawa "Faktów", która rozgrywała się wśród zarządzających wówczas redakcją. Ja wiem dlaczego nagranie poszło i moim zdaniem sprawa nie jest tak sensacyjna, jak to się przedstawia w mediach. Dziś to nie ma jednak żadnego znaczenia.

Sprawa nie jest wewnętrzna, ponieważ byla opisywana wielokrotnie w książkach, prasie...

I co w związku z tym?

Tomasz Sekielski, Waszyngton (fot. archiwum prywatne)

To, co napisał Tomasz Lis nie jest prawdą? To, że kaseta trafiła do sejfu i do środy nie mógł jej wywalczyć?

Nie chcę się w to wdawać, ponieważ "Fakty" jako jedyny serwis wyemitowały to nagranie. Z opóźnieniem, ale wyemitowały.

Ale po pięciu dniach.

Wyemitowały? Wyemitowały. Przy upolitycznieniu TVP, przy skandalicznych rzeczach, jakie działy i dzieją się w mediach Pan przypomina sprawę Kwaśniewskiego, jakąś prehistorię. Jak na 12 lat programu informacyjnego, to ja uważam, że to jest gigantyczny sukces. Jeśli ma Pan tylko ten jeden zarzut do Faktów, to pokazuje to jak niezależnym medium jest TVN i jak nieograniczona jest tu wolność dziennikarska. Powtarzam, o taśmach z Charkowa nie chcę się wypowiadać, ponieważ nie byłem osobą, która brała bezpośredni udział w decydujących o ich emisji rozmowach. Znam je z drugiej albo trzeciej ręki. Nie chcę doprowadzić do przekłamań. Uważam, że jeśli nawet można czynić "Faktom" zarzut, że zrobiły to z pięciodniowym opóźnieniem, to ważne jest to, że taśmy w końcu wyemitowano. Powie Pan, że powinniśmy puścić to od razu? Tak, powinniśmy puścić to od razu, ale jak na 12 lat programu jedyny zarzut i to sprzed 10 lat, to jest super.

Pańska wiara w niezależność TVN się nie zachwiała w ciągu tych pięciu dni?

Nie, nie zachwiała się. Nie chcę wnikać w szczegóły tego, co tam się stało. Nic pan ze mnie nie wyciągnie w tej kwestii. Tomasz Lis przedstawił swoją wersję. Inne osoby przedstawiły swoją.

Miliony Polaków nie dowiedziałyby się o aferze Rywina tak wielu szczegółów gdyby nie Pańskie relacje w "Faktach". "Wiadomości" wtedy były totalnie upolitycznione. Czy mógłby Pan zdradzić trochę kulisów dziennikarstwa śledczego? To wiązało się z jakimś ryzykiem?

Z ryzykiem choroby psychicznej, ponieważ spędzałem codziennie kilkanaście godzin nad tą sprawą. Żyłem nią. Wiedziałem na wyrywki kto, z kim, kiedy, gdzie i o czym rozmawiał. Zdarzało się nawet, że niektórzy posłowie tuż przed posiedzeniami i przesłuchaniem świadka weryfikowali u mnie część informacji.

Pewnie posłowie opozycji, bo byli najbardziej zainteresowani wyjaśnieniem sprawy.

Nie tylko. To był taki moment, kiedy "Fakty" jeszcze bardziej zyskały na wiarygodności. My rzeczywiście to relacjonowaliśmy w pełni. Pokazywaliśmy wszystko, w przeciwieństwie do TVP. Widzowie to dostrzegali i doceniali. Oczywiście to był moment, kiedy "Fakty" były już silne, ale ta sprawa jeszcze bardziej umocniła naszą pozycję. Wracając do pańskiego pytania, w TVN jest absolutna wolność i niezależność dziennikarska i to nie jest żaden slogan. Dziennikarz jeśli mówi prawdę, ma prawo informować o wszystkim. Dlatego powstał TVN, dlatego powstały "Fakty", dlatego powstał TVN24, aby pokazywać rzeczywistość taką, jaka ona jest. Domyślam się, że to się bardzo nie podobało rządzącym wówczas politkom SLD, ale nie spotkałem się z żadnym naciskiem wewnątrz redakcji, że może odpuśćmy... Miałem absolutny komfort pracy. Nie było nawet sugestii jakiejkolwiek groźby pod moim adresem. Wówczas media pokazały swoją siłę. To było pasjonujące zajęcie, chociaż przyznam, że pod koniec miałem już absolutnie dość. Po ponad roku byłem już tym zmęczony, ale jednocześnie wiedziałem, że jestem jedyną osobą w redakcji, która ma pełną wiedzę na temat afery Rywina. Miałem swoje archiwa z taśmami, wiedziałem co gdzie jest. Były takie dni, że jak przychodziłem na kolegium, to modliłem się, żeby powiedzieli mi "zrób o czymś innym, o dziurze w drodze". A mówili zawsze: "Seki, komisja". Jak człowiek dzień w dzień zajmuje się czymś takim, to przychodzi zmęczenie materiału. Do dziś żałuję - to jest największy błąd jaki popełniłem wówczas - że nie napisałem książki na ten temat.

Jeszcze Pan może napisać.

Nie, dziś już się nie da. Nie robiłem aż tak dokładnych notatek. Wszystko miałem w głowie. Uciekło mi z pamięci wiele nieoficjalnych rozmów, które w takiej książce byłyby szalenie interesujące. Tego żałuję i to jest nauczka na przyszłość, że jak mi się zdarzy jeszcze relacjonować coś tak pasjonującego, to będę robił notatki.

Tomasz Sekielski, Irak (fot. archiwum prywatne)

Relacjonował Pan komisję "Rywina", kampanię prezydencką, papieską pielgrzymkę, był Pan w Iraku. Domyślam się, że aferę "Rywina" wspomina Pan z największym sentymentem?

Nie. Z sentymentem wspominam całą moją pracę dla Faktów. Dziś nie potrafię wybrać jednego najważniejszego materiału, który zrobiłem. Wszystkie były ważne. Ważny był materiał, gdzie ujawniałem dokumenty dotyczące przeszłości generała Jaruzelskiego. Dokumnety IPN, z których wynikało, że był TW Informacji Wojskowej. Byłem z kamerą na placu św. Piotra, gdy umarł papież. To było bardzo emocjonujące i wzruszające, kiedy w hołdzie dla Jana Pawła II tłum ludzi na placu św. Piotra zaczyna klaskać. Coś zupełnie obcego dla nas, w naszej kulturze. Początkowo byłem zdezorientowany, ale to było wspaniałe pożegnanie wielkiego człowieka. Innym ważnym dla mnie materiałem był materiał z Albanii, gdzie wysłuchiwałem relacji świadków, którzy zeznawali dla śledczych z Hagi i opowiadali o zbrodniach wojennych w Kosowie. Jak się słucha dorosłych mężczyzn, którzy mówią o tym, jak zabijano ich żony i dzieci, to jest to wstrząsające. Ja zrobiłem do "Faktów" ponad 1600 materiałów, z bardzo wielu z nich jestem szczególnie zadowolony i zapadły mi w pamięć. Im dłużej byśmy dyskutowali, tym więcej ważnych dla siebie materiałów bym sobie przypomniał. Gdy tonął okręt podwodny Kursk, pojechałem do Murmańska. Wszyscy mieli tam nadzieję, że jednak ktoś przeżyje, że stanie się cud. Pamiętam jak siedzieliśmy w hotelu i nadeszła informacja, że cała załoga zginęła. Nami dziennikarzami to wstrząsnęło. Jedne z materiałów zrobiłem wtedy z wesołego miasteczka w Murmańsku, które było czynne, ponieważ nie ogloszono jeszcze żałoby narodowej. Oczywiście nikogo tam nie było. Siedziała taka stara babinka w gabinecie krzywych luster i stróż, który pilnował całego terenu. To była bardzo surrealistyczna sceneria, babcia wśród tych luster w martwym wesołym miasteczku. Niesamowicie oddawało to klimat tamtej tragedii. Pewnie moglibyśmy parę dni rozmawiać o różnych materiałach.

Napisze Pan kiedyś o tym wszystkim?

Pewnie kiedyś napiszę, ale nie mam jeszcze potrzeby podsumowania czegoś, bo nie mam poczucia, że zakończył się definitywnie jakiś okres w moim życiu.

Już Pan nie będzie reporerem "Faktów"?

Nie wiem. Nie można tego wykluczyć, ale nie wiem, czy taki powrót jest możliwy. Miałem taki moment ukłucia w sercu, żalu, że mnie nie ma z nimi, jak relacjonowali wybory w Stanach Zjednoczonych. "Fakty" wtedy były zrobione super, bardzo mi się podobały. Wysłałem SMS-a do Grzesia Jędrzejowskiego, wydawcy "Faktów": "Żałuję, że mnie nie ma z wami". Nie miałbym problemu z powrotem do "Faktów" i mam nadzieję, że "Fakty" nie miałyby problemu ze mną. Chociaż nie wiem, czy jest możliwość takiego prostego powrotu, że ja się zgłaszam i znów będę pracował dla "Faktów". Tam jest wspaniały zgrany zespół. Poza tym zrobiłem film dokumentalny, który wciąż czeka na premierę. Jest to bardzo reporterski film o polskiej polityce i myślę, że będę się realizował w takich formach reportażowych, bo jestem reporterem i czuję się reporterem. o, żeby pokazywać, jak wielka polityka przekłada się na życie jednego człowieka. To jest strasznie wielkie wyzwanie.

Tomasz Sekielski, Irak (fot. archiwum prywatne)

Wracając do tego filmu. Zdradzi Pan więcej szczegółów?

To jest film na pozornie banalny temat - dlaczego politycy kłamią? To film o tym jak słowa polityków, rzucane często tak przed siebie potrafią czasami zmienić życie zwykłego "Kowalskiego" w koszmar. To jest film pokazujący pewne mechanizmy polityki, pewne sztuki PR-owskie. Szczegółów nie chcę zdradzać, ponieważ nie ma jeszcze daty premiery.

Tomasz Lis często powtarza, że dzięki niemu stał się Pan najlepszym reporterm w Polsce. Ile nauczył się Pan sam, a ile zawdzięcza Pan Lisowi?

Jego zasługa jest olbrzymia. Osoby, które wywarły bardzo duży wpływ na moją pracę w telewizji, to jest Tomasz Lis i Mariusz Walter. Nie chcę tutaj oceniać, który z nich bardziej. Jeśli pyta pan o Tomasza Lisa, to miał on zasadniczy wpływ na to, jakim stałem się reporterem. Wiele czasu spędzaliśmy rozmawiając o materiałach i w ogóle o dziennikarstwie, dużo mi doradzał na początku. Wiele mu zawdzięczam i zawsze to powtarzam, bez względu na to, czy dzisiaj konkurujemy i jak wyglądają nasze relacje. Dzięki niemu będąc reporterem osiągnąłem bardzo dużo.

Mariusz Walter?

Też miał olbrzymi wpływ.

W jakim sensie?

W tym sensie, że stworzył "Fakty" i TVN, że stworzył miejsce, gdzie można uprawiać niezależne, obiektywne dziennikarstwo, wolne od politycznych nacisków. Jestem wdzięczny jemu, ale też Janowi Wejchertowi, bo oni dwaj to tworzyli. Na początku "Faktów" pierwsze kolegia odbywały się z udziałem Mariusza Waltera. Siadaliśmy po próbnej emisji "Faktów" i prezes Walter bez jakichkolwiek notatek omawiał każdy materiał, co do sklejki. Potrafił mobilizować, wlewać w ludzi zapał. Zachęcał nas do łamania stereotypów, schematów i dawał dużo energii. Rozmowy jakie z nim odbyłem przez te wszystkie lata, były i są dla mnie bardzo ważne.

Tomasz Sekielski (fot. archiwum prywatne)

Pewnie będzie Panu niezręcznie odpowiadać na to pytanie, ale czy w 2004 roku zrozumiałe dla Pana było wyrzucenie Tomasza Lisa z TVN?

[po długim namyśle] Żałuję, że Tomasz Lis musiał odejść z "Faktów". Żałuję mimo to, że gdyby był, to pewnie nie miałbym swojego programu. Tomasz Lis jest urodzony do bycia anchormenem programu informacyjnego. Myślę, że mógł jeszcze wiele wymyślić, osiągnąć, jako prowadzący "Fakty". I żałuję z tego powodu, że go nie ma. Więcej nic nie powiem o tamtych wydarzeniach.

Pańskim zdaniem dlaczego musiał odejść?

Nic nie powiem. Napiszę może kiedyś książkę, do czego Pan mnie zachęca i wówczas opiszę przebieg tamtych wydarzeń moimi oczami. Kto, co musiał i co kto zrobił.

Kto jest winny tamtej sytuacji?

Nie będę tego rozstrzygał.

Chciał Pan wtedy odejść z "Faktów"?

Byłem gotowy wówczas odejść z "Faktów".

Co przekonało Pana żeby zostać?

[długa cisza]

Chciał Pan pójść za Lisem do "Wydarzeń"?

Nie, bo kwestia "Wydarzeń" pojawiła się później. Myślę, że następnego dnia po odejściu Lisa większość zespołu była gotowa odejść.

To co przekonało zespoł, żeby zostać?

Tomasz Lis wówczas tego nie oczekiwał.... Tomasz Lis... Nie, jakieś strasznie skomplikowane rzeczy Pan chce wyciągnąć.

Bo to jest ciekawe.

Tak, to jest ciekawe. Wiele osób było gotowych wówczas odejść, ale Tomasz Lis nie oczekiwał tego od nas. On sam zresztą zawsze powtarzał, że najważniejszy jest program.

Nic więcej Pan nie zdradzi na temat tej sytuacji?

Nie, nie widzę powodu, dla którego miałbym się dzisiaj zwierzać z tego, co tam się działo.

Nie stracił Pan wtedy zaufania do szefostwa stacji?

... To był bardzo nerwowy okres. Nie mogę więcej powiedzieć.

Tomasz Sekielski, Rzym (fot. archiwum prywatne)

Nie tęskni Pan za współpracą z Tomaszem Lisem?

Tęsknię to złe słowo. Z sentymentem myślę o czasach, kiedy razem pracowaliśmy w "Faktach". Z sentymentem myślę o "Faktach", które wówczas tworzyliśmy. Czy tęsknię do współpracy z nim? Ani ja nie jestem łatwy we współpracy, ani Tomasz Lis! Trochę musiałbym być masochistą, żeby tęsknić. Nie wykluczam, że kiedyś coś jeszcze wspólnie zrobimy, jeśli byłaby taka możliwość. To jest pewne, że nie odmówiłbym mu, gdyby była taka interesująca zawodowo propozycja. Mam nadzieję, że Tomasz Lis też by się zgodził na taką współpracę.

Był Pan najlepszym reporterem w Polsce. Czemu rzucił Pan ten fach?

Dziękuję za te słowa. Nie wiem, czy byłem najlepszym. Nie mnie to oceniać. Niech to oceniają widzowie! Nie dało się pogodzić programu publicystycznego z byciem reporterem. Reporterem trzeba być 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. "Teraz My" nie pozwalał mi być reporterem na 100 proc. i w pewnym momencie trzeba było podjąć decyzje. Byłem w takim rozkroku i uznaliśmy razem z moimi szefami, że lepiej będzie, jeśli się skupię na programie. Bycie reporterem to strasznie pracochłonne zajęcie, któremu trzeba się poświęcać na maksa. Tęsknie do reporterki i moja żona sama mówi, że powinienem robić jak najwięcej materiałów, bo wtedy wraca mi błysk w oczach. To trudne pytania. Czuję się jak u terapeuty na kozetce.

To będą czytać sympatycy stacji i ludzie interesujący się mediami. To ich najbardziej interesuje.

Rozumiem, to nie jest zarzut pod pana adresem.

Jaka była Pańska pierwsza myśl, gdy dowiedział się Pan, że Kamil Durczok zostanie szefem "Faktów"?

Ale pan świetnie strzela... Ja uważałem, że to jest dobry ruch...

Poważnie Pan mówi?

Tak. To jest kolejna historia, o której nie mogę opowiedzieć ze szczegółami.

Pytam tylko o Pańską pierwszą myśl.

Hmm... myślałem, że "Fakty" mogą na tym zyskać.

Tomasz Sekielski (fot. archiwum prywatne)

Nie uznał Pan tego za szyderstwo losu?

Mówi pan o przeszłości Kamila w TVP. Staram się generalnie unikać recenzowania, czy rozliczania kolegów dziennikarzy. Kamil dokonywał zawodowych wyborów na własny rachunek i jego trzeba o to pytać, dlaczego postępował tak, a nie inaczej. Teraz dla mnie najważniejsze jest to co robi w "Faktach", a tu niewątpliwie odniósł gigantyczny sukces. "Fakty" w oglądalności pokonały "Wiadomości". Widzowie doceniają więc to co robi Kamil i cały zespół "Faktów".

Miał Pan takie poczucie, że cała filozofia "Faktów" została wtedy zburzona?

Czy ma pan jakiś konkretny zarzut? Filozofia "Faktów" polegała na tym, żeby patrzeć na ręce politykom. Tak było i jest.

Uciekł Pan od pytania!

Nie. Chcę tylko by postawił pan konkretny zarzut! Co złego stało się z Faktami po przyjściu Kamila Durczoka?

Pamiętam jak wielokrotnie Tomasz Lis na zakończenie "Faktów" zwracał uwagę na kolejne przekłamania i manipulacje w "Wiadomościach" prowadzonych przez Kamila Durczoka. Teraz człowiek, który w tym uczestniczył w TVP, przyszedł do "Faktów" kierować redakcją.

A Tomasz Lis pracuje w TVP.

Tylko, że nikomu w TVP nie przyjdzie nawet do głowy, żeby naciskać na Tomasza Lisa.

A Kamil Durczok w "Faktach" ulegał naciskom? Nic mi na ten temat nie wiadomo. TVN to miejsce gdzie niezależność dziennikarską traktuje się poważnie.

Jego przeszłość w "Wiadomościach" budzi kontrowersje.

Stosując tę logikę, to powinien Pan postawić zarzut Tomaszowi Lisowi, że pracuje w TVP. Czy to znaczy, że on przekreślił całą swoją karierę, bo poszedł do instytucji, którą zawsze krytykował, uważał za siedlisko zła, upolitycznienia...? Pan stara się mnie postawić w trudnej sytuacji, a teraz ja postawię pana. Pan rozgrzesza Tomasza Lisa i oskarża Kamila Durczoka. Czy ma pan informacje, że Kamil Durczok ulega naciskom polityków?

Nie.

A czy Tomasz Lis zrobił dobrze przechodząc do TVP, czy nie postąpił wbrew swoim zasadom?

...

Nie chce pan odpowiadać. Ja też nie chcę osądzać czyjeś życiowe wybory i udawać moralistę. Nie jestem święty. Jeśli mnie pan zapyta o jakieś konkretne materiały to możemy porozmawiać. Natomiast nie chcę uogólnień. Kamil Durczok od czterech lat jest szefem "Faktów". Nikt mu nigdy nie zarzucił w "Faktach" dyspozycyjności wobec polityków. To jest dla mnie dzisiaj najważniejsze. Powtarzam, filozofia "Faktów" to jest robienie dobrego, rzetelnego serwisu informacyjnego i ta filozofia się nie zmieniła. Chyba, że pan uważa inaczej.

Tomasz Sekielski (fot. archiwum prywatne)

Jakie kryteria powinien spełniać prowadzący dziennik?

Powinien mieć blond fryzurę, dobry przedziałek, być wcześniej korespondentem w Stanach i nazywać się Tomasz Lis. To oczywiście żart. Dobry prowadzący, taki prawdziwy anchor?

Tak.

To powinien być ktoś, kto jest nie tylko prezenterem, a jego rola nie ogranicza się jedynie do przeczytania zapowiedzi. To musi być ktoś, kto ma merytoryczny wkład w kształt programu informacyjnego. Powinien znać się na pracy reporterskiej i ocenić tę pracę, by zlecać reporterom zadania. Dobry prowadzący to nie tylko twarz programu, to jego autor.

Czy ktoś, kto nigdy nie był reporterem może oceniać pracę reporterów?

To czy ktoś był reporterem czy nie, nie jest tu decydujące. Piotr Kraśko był reporterem, był nawet korespondentem w Stanach i co z tego, czy "Wiadomości" z tego powodu są lepsze, czy on jest prawdziwym anchormanem? Nie. Ja współpracowałem z Justyną Pochanke i Kamilem Durczokiem, oboje nie byli wcześniej reporterami mimo to dobrze mi się z nimi pracowało.

Czy nie uważa Pan, że szef prestiżowego dziennika powinien swobodnie rozmawiać po angielsku?

Z tego, co wiem Kamil Durczok mówi po angielsku.

Pamięta Pan jakieś ekskluzywne wywiady dla "Faktów"? Dawniej gośćmi "Faktów" był George Bush, Donald Rumsfeld, Condoleeza Rice, Collin Powell...

Nie pamiętam, ale być może dlatego, że nie udało się ich załatwić. To nie jest prosta sprawa. Nie wiem kto i o jakie wywiady stara się w "Faktach".

Dlaczego przestał Pan prowadzić magazyn "24 Godziny"?

Ponieważ dochodziło do "kanibalizmu". W soboty i w niedziele zaczęli się pojawiać goście, których chcieliśmy mieć w poniedziałek. Nastąpiła sytuacja, w której program w TVN24 zaczął konkurować z "Teraz My". Znowu stanąłem w rozkroku. Co jest ważniejsze, czy mój sobotni program, czy poniedziałkowy.

Skąd pomysł, aby zatytułować program "Teraz My"?

Jarosław Kaczyński w czasach AWSu powiedział, że filozofia polityki stosowanej przez Krzaklewskiego to jest TKM - teraz k... my. Wycieliśmy wyraz niecenzuralny i zostało "Teraz My". Tak naprawdę dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu w dużej mierze mamy tytuł naszego programu.

Tomasz Sekielski, Moskwa (fot. archiwum prywatne)

Spotykamy się w środę. Przed chwilą było kolegium redakcyjne. Z reguły 5 dni wcześniej można zaplanować poniedziałkowy program?

Musimy planować. To jest taka praca, że za chwilę może się okazać, że wszystko trzeba będzie zmieniać, jeśli coś ważnego się wydarzy. Staramy się poruszać tematy ponadczasowe, odejść od takiego bieżącego sporu politycznego, którego jest pełno w TVN24, w TVP Info, Polsat News. Uważamy, że kończy się czas dwóch kłócących się polityków, którzy wchodzą do studia i się na siebie rzucają. Staramy się robić tematy społeczno polityczne, które są o wiele ważniejsze i ciekawsze, a takie trzeba planować z większym wyprzedzeniem. W środę robimy kolegium, w czwartek pracujemy nad tym wszystkim i wiemy co jest możliwe. W piątek zapada ostateczna decyzja co jest w programie. Sobota, niedziela, to czas na materiały i zebranie informacji. W poniedziałek program. A jeśli coś się wielkiego wydarzy w polityce, to oczywiście zmiana tematu i gości.

Domyślam się, że za poprzedniej kadencji sejmu chyba jeszcze w poniedziałek po południu wprowadzał Pan poprawki do programu?

To prawda. PiS i przystawki dostarczały tematów i często jeszcze w poniedziałek wybuchały skandale, które warto było wrzucić do programu. Taki program publicystyczny jak nasz na dużej antenie powinien trochę z dystansu spojrzeć na to, co się dzieje. Myślę, że takie też jest oczekiwanie ludzi, że nie będziemy w takim pędzie newsowo-informacyjnym.

W poniedziałki podgląda Pan konkurencję w Dwójce?

Tak, ale tylko kilka pierwszych minut. Zawsze sprawdzamy kto jest, o czym będzie, a jak jest coś bardzo ciekawego, to mam możliwość obejrzenia tego następnego dnia.

Na program pracuje ta grupa dziesięciu osób, którą mijałem wchodząc do Pana?

Nie, gdzie tam dziesięciu. Tam siedzi sześć osób.

Jak przechodziłem to wyglądali, jakby ich było więcej.

Tak wygląda, bo ciężko pracują, jak mróweczki. Sześć osób i nas dwóch to jest cała redakcja.

Teraz pytanie z naszego forum. Czy jest Pan fanem muzyki rozrywkowej typu dance, bo sądząc po ostatnim jinglu skompowanym dla "Teraz My" można tak sądzić?

A nie podoba się niby?

Chyba dziwi.

Nam się podoba, ale nie jestem miłośnikiem dance.

Kojarzy się z poważną publicystyką, czy nie bardzo?

A, czyli chodzi o to, że jest za mało dostojnie? Ale wcześniejszy też taki był. My w naszym programie staramy się mieć dystans do siebie, do polityków i nie podchodzimy do tego, jakby miała wybuchnąć zaraz wojna. Według mnie ta muzyka jest w klimacie tej poprzedniej. A mi się podoba. Naprawdę się nie podoba?

Nie mówię, że się nie podoba, ale jest nietypowa.

Bo my jesteśmy nietypowi z Andrzejem. Może dlatego.

Z danych AGB na koniec września wynika, że "Teraz my" oglądało średnio 1,23 mln widzów. To mniej niż przed rokiem. W grupie docelowej program miał tylko 11 proc. udziałów. Co Pan zrobi, żeby poprawić słabe wyniki?

[długi śmiech] Ależ pan jest złośliwy po prostu... [w tym momencie Tomasz Sekielski wyszedł ze swojego pokoju, z redakcyjnej tablicy zdjął wykres z oglądalnością programu i przedstawił dane, z których wynika, że "Teraz My" średnio w listopadzie miało lepsze udziały w rynku niż konkurencyjny "Tomasz Lis na żywo"]. Teraz średnio mamy oglądalność na poziomie dwóch milionów.

Popsuł mi Pan teraz całą dalszą konstrukcję pytań.

Widzi pan, ale niech pan dalej jedzie wg tego złośliwego schematu. Tylko wrzesień mieliśmy bardzo słaby i baliśmy się co to będzie, ale wyszliśmy na prostą. Jest naprawdę dobrze. W listopadzie wszystkie programy były powyżej 6 proc. ratingów i dużo ponad 20 proc. udziałów. Myślę, że jak na program publicystyczny nadawany o 22:35 to jest super wynik. A jak pan uważa?

Próbuję sobie przypomnieć, co jest w tym czasie w innych kanałach.

"Mega Hit" w Polsacie i na TVP2 na pewno jakiś film...

"Mega Hit" już się chyba kończy, a na TVP2 jest Panorama i Sport. Czyli 20 proc. udziałów Pana zadowala?

25 proc. prawie. Co czwarty telewizor jest włączony na nas. Uważam, że to super, a jak pan uważa? Co czwarty to słabo?

Pana pytam.

30 listopada mieliśmy ponad 23 proc. udziałów. Tomasz Lis miał 17 proc. Pan tak sceptycznie podchodzi, to proszę zobaczyć. My robimy super wyniki. W listopadzie mamy lepsze udziały od Lisa. Jeśli ktoś mówi, że nam źle idzie, to jest nieprawda. Mamy bardzo dobrą oglądalność.

Czy nie odnosi Pan wrażenia, że "Teraz My" było poważnym programem publicystycznym, a teraz staje się telewizyjnym tabloidem?

Rozmowa z generałem Jaruzelskim, sprawa grypy, sprawa Litwina, który pomścił córkę, dzięki naszemu programowi w Bartoszycach leci prokurator rejonowy i trzech prokuratorów ma kary, poruszamy sprawę surogatek, jeśli to jest tabloid, to gratuluję. Ja uważam, że to są ważne społecznie i politycznie tematy, którymi chcemy się zajmować. Co to znaczy tabloid? Mamy ględzić z tymi samymi politykami o tym, czy zmienią konstytucję, czy nie, gdy nie ma ani projektu tych zmian, ani niczego, co by wskazywało, że te zmiany są możliwe... Czy mamy może dyskutować o tym, kto ma szansę w wyborach prezydenckich za rok. Nie przyjmuję w ogóle tego zarzutu. Uważam, że robimy poważną publicystykę na ważne społecznie i polityczne tematy.

W jaki sposób na kształt "Teraz My" wpływa konkurencja w "Dwójce"? Zdarza się czasem, że z jakiegoś tematu musicie zrezygnować albo jakiś gość nie może przyjść do studia, ponieważ dostał już zaproszenie do programu "Tomasz Lis na żywo"?

Czasem słyszymy, gdy do kogoś dzwonimy "Bardzo chętnie, ale już dostałem zaproszenie od Tomasza Lisa". Nie wiem, czy Tomasz Lis usłyszał kiedyś "Tak ale już jestem w Teraz My".

Pewnie usłyszał jak zadzwonił do premiera Tuska.

Tak. Była raz taka sytuacja, ale to PR-owcy pana premiera zwariowali. Oni próbowali wcisnąć premiera Tuska i do nas i do Tomasza Lisa. Jednego dnia. Dla Tomasza Lisa to jest do przyjęcia, bo był pierwszy, dla nas kompletnie nie. Powiedzieliśmy, że chyba zwariowali. Oni obiecali obu programom, że będzie premier. To jest tak niepoważne zachowanie i tak nieprofesjonalne, że to tylko ktoś kompletnie nie znający realiów mediów mógł na to wpaść.

Zdarza się, że macie ten sam temat?

Ostatnio nie, ale to dla widzów też lepiej. Jest większy wybór i nie powtarzają się tematy. Tomasz jest w lepszej sytuacji niż my. Temat, który on poruszy jest już spalony u nas. Ponieważ nie mamy szpiegów u Tomasza Lisa zdajemy się na nasze wyczucie i intuicję.

Jak sam premier lub jego otoczenie zareagowało po programie na niespodziankę z Dodą? Premier Tusk naprawdę nie wiedział o tym wcześniej?

Nie wiedział i nie był zachwycony i bardzo długo nie chciał do nas przyjść. Obraził się.

Czemu się obraził?

Najwyraźniej jest tak z politykami, że jak zajmują ważne stanowiska, to tracą poczucie humoru. Część ludzi zarzucała nam, że to była próba wazeliniarstwa. Inni, ze próbowaliśmy go ośmieszyć. To był po prostu żart. W ogóle nie przywiązywaliśmy do tego wagi, do póki się to nie wydarzyło. To pokazuje przewrażliwienie środowiska politycznego.

Uzgadniał Pan z Dodą, jak ma wyglądać?

Nie, pozostawaliśmy to jej. Sam bym lepiej jej nie wystylizował i piosenkę też sama wybrała.

Dlaczego rozmowa z Weroniką Marczuk-Pazurą nie była na żywo, a do tego powycinane były niektóre fragmenty?

Nie były "powycinane niektóre fragmenty". Wypadło jedno zdanie, które nie miało merytorycznego znaczenia dla tego wywiadu. Było nagrane ponieważ taki był warunek pani Weroniki. Jej mecenas chciał, żeby to było nagrane, żeby mógł przeanalizować pod względem prawnym ten wywiad. Miesięcznik, który się uważa za branżowy zrobił z tego tanią sensację. Dziwię się tylko, że codziennie nie ma listy wywiadów autoryzowanych w prasie, bo z tego, co wiem, w prasie każdy wywiad jest autoryzowany. Nie rozumiem dlaczego "Press" codziennie nie robi listy wywiadów, które były autoryzowane tego dnia w gazetach. Według mnie nie ma tematu.

Ludzie mogli pomyśleć że prawnik jednej z celebrytek redaguje Pański program?

Nie rozumiem o co jest sprawa. Dlaczego się nie pyta dziennikarzy prasowych, co wyciął im z wywiadu premier, prezydent?

To wszyscy wiedzą.

Kto wie? Chodźmy na ulicę. Myśli Pan, że ludzie wiedzą, że tam są wycinane fragmenty? Ludzie na ulicy nie wiedzą, że w gazetach wywiady są przerabiane, a czasami kompletnie zmieniane po ich przeprowadzeniu. Dlaczego ja mam się tłumaczyć z wycięcia jednego zdania? Nie udawałem, że to jest na żywo, nie było znaczka, nie oszukiwaliśmy naszych widzów.

Dlaczego zrezygnowano z dogrywki w TVN24?

Był problem z gośćmi. To jest już strasznie późno, po 23:00. Były licytacje, kto wystąpi w "Teraz My", a kto w dogrywce.

Czy Pańskim zdaniem dziennikarze nie przesadzają w realacjonowaniu grypy?

Przesadzają, dlatego zrobiliśmy program, żeby pokazać, że jest histeria i żeby pokazać jak firmy farmaceutyczne zarabiają na tym. Nasz program nie był o tym, że za chwilę wyginiemy wszyscy tylko o tym, że wywołano histerię na temat grypy.

A jeśli Pański program zostanie zdjęty z anteny, to co Pan będzie robił? Wróci Pan do "Faktów", czy przeniesie się Pan do TVN24?

Nie wiem. Mam parę pomysłów na siebie. Może będę miał czas, żeby napisać książkę, wtedy napiszę wszystko, o czym dzisiaj milczę, z czego pan jest pewnie niezadowolony.

Odwiedza Pan czasem serwis tvnfakty.pl?

Kiedyś odwiedzałem. Przyznam, że w ogóle mało przeglądam branżowe serwisy.

Czytał Pan nasze wywiady?

Niektóre tak. Ten na pewno przeczytam.

Rozmawiał Łukasz Ropczyński, Warszawa, 2 grudnia 2009 r.

Łukasz Ropczyński
NASZE WYWIADY
FAKTY TVN